Mimo iż tytuł jest wielce niepoprawny - kiedyś o tym nie wiedziałam, a ciągnie się w mojej głowie cały czas, przypomina mi o jednej bardzo ważnej rzeczy.
Wraz z moją ukochaną przyjaciółką wspominamy te dzikie i beztroskie chwile z uśmiechem na twarzy i z wielkim bólem brzucha, bo to było niekończące się pasmo śmiechu i przypału. Gimnazjum, z jednej strony najgorszy okres w rozwoju młodego człowieka ale z drugiej strony bardzo dobry dla mnie, bo niczym sie wtedy nie przejmowałam, miałam totalny luz na to co pomyśli sobie o mnie otoczenie. Władałam światem. Od tego momentu moja osobowość bardzo ewoluowała, ale gdybym miała zostawić sobie jedną cechę z tamtego okresu, byłoby to właśnie nieprzejmowanie się. Wstyd się przyznać, ale wtedy byłam trochę (na pewno trochę?) penerą. Nie miałam żadnych skrupółów moralnych powiedzieć na forum 'starej babie' w autobusie, żeby wypierdalała jeśli mi coś nie pasowało. O pomiataniu sobą nie było mowy, mimo, iż zdaję sobie sprawę że nie miałam przychylnych opinii na swój temat na 'osiedlu' w tym czasie. Pomimo tego, że byłam 'patyczakiem' i z łatwością można było mnie 'połamać' potrafiłam się rzucać jak trzeba było. Lekcje w większości były zagłuszane przez naszą damską świętą czwórcę, przez co niejednokrotnie obrywało się całej klasie. Nie świeciłyśmy wiedzą, z powodu wiecznych wagarów i przerywanych lekcji, oraz odpalania jednego papierosa od drugiego. Potyczek edukacyjnych było sporo, w tym jedna pamiętna szczególnie - mój komis z historii. Miałam bardzo złe oceny i ostatni sprawdzian był jedyną deską ratunku, która niestety utonęła ze mną.:) Na historii był taki patent, że były dwie grupy i zawsze jedna z nich była łatwiejsza, a druga trudniejsza. Wcale się nie zdziwiłam, gdy trafiła mi się ta trudna. Ma się w końcu to szczęście. Kumpela w ławce obok miała farta, bo nic nie umiała, a ja pomimo swojej pustej kartki honorowo podyktowałam jej cały sprawdzian na 3+. Często taki sprawdzian poprzedzała lekcja powtórzeniowa, w której nauczycielka dzieliła nas wyrywkowo na czteroosbowe zespoły. Trafiłam do wspólnego teamu razem z Martą, ziomalką z naszej przypałowej paczki. Padło pytanie, skierowane do nas: "Jakiego kraju Borys Jelcyn był prezydentem?" Nie wiedziałyśmy. Po prostu szczerze mówiąc nie wiedziałyśmy i palnęłyśmy: "Ukrainy". Historyczka, jak i większość klasy były niewyobrażalnie oburzone naszą niewiedzą, o wyśmianiu nie wspominając oczywiście, do tego stopnia, że równo z dzwonkiem nauczycielka popędziła do pokoju nauczycielskiego, żeby nas obgadać. Przy okazji matematyki nasza wychowawczyni powróciła do tego tematu i na forum klasy nas wyzwała, że jak mogłyśmy nie wiedzieć. Ta historia, jakże błaha mocno wyryła mi się w pamięci, do tego stopnia, że długo później bałam się pytać, dowiadywać, rozumieć. Nie chciałam znowu być wyśmiewana za niewiedzę, zwłaszcza w miejscu, w którym ta wiedza powinna być po prostu przekazywana, nawet jesli coś dla kogoś jest tak oczywiste jak 2 + 2 = 4. Gdybym pozjadała wszystkie rozumy, cóż zatem robiłabym w szkolnej ławce? Ostatnio zdarzyła mi się podobna sytuacja. Mały flashback. Przez dobry rok ćwiczyłam na siłowni, póżniej przerwałam, właściwie nie wiem dlaczego. Cały czas uczęszczałam na zajęcia fitness i nigdy nie miałam styczności z ćwiczeniami siłowymi. Potrzeba na taką akywność wzrastała wraz ze zdobywaną wiedzą na temat ciała, jednakże wciąż nie bardzo wiedziałam jak to wszystko ugryźć. Poprosiłam o pomoc pewną osobę, która miała mnie wprowadzić choć trochę w ten świat. Niestety osoba ta okazała się być dość przeciętnym edukatorem. W żadnym wypadku nie podważam wiedzy i doświadczenia, ale sposób przekazu był po prostu słaby dla nowicjusza. I to można przeżyć, ale to co kolejny raz mnie zraziło było podejście. Owa osoba była mną kiepsko zainteresowana, bo cały czas podchodziła do komputera jak również nie bardzo umiejętnie pokazywała sposób na rozgrzewkę. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce i rozgrzać się po swojemu, tak jak umiem, jak uczyłam się podczas zajęć fitness. Nie okazał się to być najlepszy sposób, a raczej zły, ale sposób w jakim się o tym dowiedziałam nie był najprzyjemniejszy. Było to WYŚMIANIE, że robię cardio rozgrzewkę do ćwiczeń siłowych. Flashback. Przyznam szczrze, że ponownie mnie to uderzyło.
lovyourbody
W zdrowym ciele, zdrowy duch!
środa, 27 kwietnia 2016
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Za bardzo.
Październikowy wieczór, jeszcze jedna z tych nielicznych ciepłych nocy, pozwalająca przebierać w mej skromnie wyposażonej szafie. Trochę się przejmuję, bo to moja pierwsza prawdziwa randka. Wiesz - taka z kolacją na mieście. Mężczyzna, który mnie zaprosił jest przystojny i interesujący. Spotykamy się w wybranym przez niego lokalu. Jestem skrępowana, ale otwieram się, co dla mnie jest nowością, bo przeważnie jestem bardzo skryta, lecz tym razem postanowiłam zrobić inaczej. Pojawia się dużo intymnych tematów, których z reguły unikam na pierwszym spotkaniu. Mężczyzna mnie adoruje, schlebia mi. W pewnym momencie rozmowy pada to zdanie: "Jesteś śliczna, ale ZA chuda. Jakbyś ważyła pięć kilo więcej to by ci nie zaszkodziło."
Tym razem klimat nie bardziej orientalny, zima. Wciąż piękny i beztroski okres studiów, który wcale tak dawno się nie zakończył. Podróżuję komunikacją miejską z moją ówczesną bardzo bliską mi przyjaciółką, której zwierzam się właściwie ze wszystkiego, przed nikim tak nie otwierałam się emocjonalnie. Opowiadam jej o mężczyźnie, którego darzę szczególnym uczuciem, nie wiem czy kiedykolwiek przyznam się głośno i będę umiała to nazwać. Opowiadam jej, że usłyszałam od niego że jestem chuda. Jak bardzo mi nieprzyjemnie, gdy ktoś mówi mi, że jestem za chuda i że jest to dla mnie obraźliwe, bo moje posiłki są ogromne i nie umiem przytyć. Porównuję to do nazywania ludzi otyłych 'grubasami'. Zastanawiam się, dlaczego ludzie otyli są 'pod ochroną?', o nich nie można mówić źle, że są grubi, bo są chorzy i choroba uniemożliwia im zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. Przyjaciółka popiera tłum. Przyznaje, że jestem 'ZA chuda'. Marne pocieszenie.
Jestem wysoka. Mierzę 176 cm. Na co dzień poruszam się w wygodnym, płaskim obuwiu. Podczas oficjalnych imprez, gdzie obowiązuje pewien dress code zawsze ubieram buty na wysokim obcasie. Dodatkowe dziesięć centymetrów robi niemałą różnicę. Podczas jednej z tych właśnie imprez usłyszałam od szalenie przystojnego kolegi: 'Ale jesteś wysoka! aż ZA wysoka!'.
Niełatwo jest zaakceptować siebie, gdy na każdym kroku człowiek podlega ocenie.
Sama staram się tego nie robić, bo doskonale wiem jak to jest - być krytykowanym za rzeczy, na które do końca nie zawsze mamy wpływ, a mogą przeszkadzać. Zwłaszcza krytyka od bliskich osób, która może być demotywująca do podjęcia działań. Doskonale pamiętam kiedy nagle coś we mnie pękło, a było to podczas pewnej niepamiętnej listopadowej imprezy, choć nawet nie wiem dlaczego. Przestałam tak bardzo przejmować się opiniami innych osób. Dziś bardziej akceptuję swoje ciało. Swoje długie nogi i szczupłe ciało, niech nawet będzie chude, ale jest moje. Wyjątkowe.
Tym razem klimat nie bardziej orientalny, zima. Wciąż piękny i beztroski okres studiów, który wcale tak dawno się nie zakończył. Podróżuję komunikacją miejską z moją ówczesną bardzo bliską mi przyjaciółką, której zwierzam się właściwie ze wszystkiego, przed nikim tak nie otwierałam się emocjonalnie. Opowiadam jej o mężczyźnie, którego darzę szczególnym uczuciem, nie wiem czy kiedykolwiek przyznam się głośno i będę umiała to nazwać. Opowiadam jej, że usłyszałam od niego że jestem chuda. Jak bardzo mi nieprzyjemnie, gdy ktoś mówi mi, że jestem za chuda i że jest to dla mnie obraźliwe, bo moje posiłki są ogromne i nie umiem przytyć. Porównuję to do nazywania ludzi otyłych 'grubasami'. Zastanawiam się, dlaczego ludzie otyli są 'pod ochroną?', o nich nie można mówić źle, że są grubi, bo są chorzy i choroba uniemożliwia im zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. Przyjaciółka popiera tłum. Przyznaje, że jestem 'ZA chuda'. Marne pocieszenie.
Jestem wysoka. Mierzę 176 cm. Na co dzień poruszam się w wygodnym, płaskim obuwiu. Podczas oficjalnych imprez, gdzie obowiązuje pewien dress code zawsze ubieram buty na wysokim obcasie. Dodatkowe dziesięć centymetrów robi niemałą różnicę. Podczas jednej z tych właśnie imprez usłyszałam od szalenie przystojnego kolegi: 'Ale jesteś wysoka! aż ZA wysoka!'.
Niełatwo jest zaakceptować siebie, gdy na każdym kroku człowiek podlega ocenie.
Sama staram się tego nie robić, bo doskonale wiem jak to jest - być krytykowanym za rzeczy, na które do końca nie zawsze mamy wpływ, a mogą przeszkadzać. Zwłaszcza krytyka od bliskich osób, która może być demotywująca do podjęcia działań. Doskonale pamiętam kiedy nagle coś we mnie pękło, a było to podczas pewnej niepamiętnej listopadowej imprezy, choć nawet nie wiem dlaczego. Przestałam tak bardzo przejmować się opiniami innych osób. Dziś bardziej akceptuję swoje ciało. Swoje długie nogi i szczupłe ciało, niech nawet będzie chude, ale jest moje. Wyjątkowe.
sobota, 24 października 2015
Na co czekasz Ty?
Każdego dnia rano, od siedmiu miesięcy jest pewna czynność, którą robię tuż po przebudzeniu - udaję się do łazienkowego lustra, do którego szeroko się uśmiecham i widzę całkiem nową osobę! To za sprawą założenia 'nowej biżuterii' i dziś nie mogę sobie wyobrazić, co się stanie gdy jej zabraknie, bo uważam, że dodaje dziewczyńskiego uroku.
Moja przygoda z aparatem ortodontycznym trochę trwała, bo to nie była prosta droga :) Odkąd pamiętam miałam bzika na punkcie swoich krzywych zębów. Nie znosiłam ich, choć doceniałam to, że są zdrowe. Jedynie za dzieciaka miałam z nimi trochę kłopotów i kilka dziur miałam borowanych i plombowanych, tą starą 'czarną' plombą. Jak już się uśmiechałam lub wpadałam w atak dzikiego śmiechu to mechanicznie przykładałam dłoń do ust, aby tylko zakryć zęby. Pamiętam, że kiedyś w gimnazjum moja koleżanka zrobiła mi zdjęcie w jednym z takich momentów i później je przyniosła żeby pokazać całej klasie, łącznie z nauczycielem od angielskiego, który widząc moje zdjęcie zapytał mi się czy się dobrze wtedy czułam. :) Zabrzmi to bardzo sztampowo, ale: w domu się nie przelewało, a nasza kochana rodzima instytucja NFZ sponsoruje aparaty ortodontyczne do 12 roku życia, ale tylko te ruchome. Szit totalny. Nie słyszałam jeszcze ani jednej pozytywnej opinii na ten temat od osoby, która je nosiła. :) Pomysł inwestycji w zęby krążył mi po głowie od dawna, ale zawsze były ważniejsze wydatki typu: imprezy, imprezy i imprezy. Właściwie to one pochłaniały kosmiczną część mojego skromnego budżetu. Pamiętam jak miałam 17 lat i Rodzice dali mi pieniądze na nowe spodnie (co zdarzało się rzadko, bo raczej ubierałam się sama), bo te, w których chodziłam do szkoły miały już dziurę a miałam tylko jedne i zamiast wydać gotówkę na spodnie wolałam je przeznaczyć na imprezę, oczywiście za zgodą Rodziców, którzy mi przypomnieli, że jak wybiorę event to nie będę miała w czym chodzić :) Nie żałuję tego wcale, bo w tych czasach byłam ubrana bardzo kiepsko i akurat specjalnie się tym nie przejmowałam i podziwiałam pindrzące się koleżanki w liceum, bo ja wolałam muzyczne doznania. Ta impreza była jedną z moich najwspanialszych w życiu. Na poważnie już temat zębów powrócił do mnie jakoś w 2013 roku. Zaczęłam szukać w Internecie gabinetów ortodontycznych. Nie chciałam posiłkować się opinią i poleceniami znajomych. Chciałam, żeby wybory były świadome i tylko moje. Wybrałam gabinet, który mieści się na Polance a skłonił mnie do tego opis, który widniał na stronie internetowej i mój wzrok przykuła informacja, że pani doktor specjalizuj się w leczeniu ortodontycznym, że jest to jej pasja oraz, że ceni sobie dobrą muzykę i jedzenie. :) Sporo czasu poświęciłam na dokształcanie się w temacie aparatów. Moim ogromnym marzeniem wtedy stał się aparat ceramiczny, który uważam za piękny i estetyczny, niestety kosmicznie drogi, a po konsultacji zostałam przekonana, że leczenie jest wtedy trudniejsze i w moim przypadku najlepiej sprawdzi się ten tradycyjny, metalowy. Pracowałam po 12 godzin, uzbierałam 3 200zł albo 4 200zł? Teraz już dokładnie nie pamiętam kwoty, ale pamiętam jaki kolosalny błąd popełniłam. Odbyłam kilka lekarskich konsultacji, wykonałam zdjęcia pantomograficzne, miałam już plan leczenia i wtedy dostałam do podpisania kartkę, na której były możliwe komplikacje. Większość z nazw tam zamieszczonych nic mi nie mówiła i brzmiało to wszystko dość złowrogo. Przy okazji kilku moich znajomych, którzy wiedzieli o moich planach skutecznie mnie postraszyło tym, że zęby później często wracają na swoje miejsce, albo innymi opowieściami o szerzącej się próchnicy. Do tego dochodziły moje poschizowane głosy w głowie 'teraz nie masz już pracy, jak założysz aparat to co dalej? skąd forsa na comiesięczne wizyty? a jak wyjdzie coś po drodze?'. W rzeczywistości to jest jak z fajkami. 15 złotych to jak majątek, ale choćbyś był najbiedniejszy to jakoś ukulasz na te papierosy, bo musisz. Niestety wtedy strach zwyciężył i moja wizja szerokiego gwiazdorskiego uśmiechu musiała odejść w zapomnienie. Jakieś dwa lata później moja sytuacja finansowa wcale nie była lepsza, a myśli znowu skutecznie dopominały się o niezałatwione sprawy. Wtedy też na swojej drodze spotkałam Karolinę i to jej motywacjom zawdzięczam to, że udało mi się spełnić marzenie. Spotkałyśmy się w dobrym czasie i miejscu w życiu. Karolina wtedy ten temat wdrażała już w życie i opowiedziałam jej o swoich obawach, które ona skutecznie przegnała :) Postanowiłam więc, że skoro ona może, to i ja także. Zrobiłam podejście numer dwa. 16 grudnia 2014 zadzwoniłam do tego samego gabinetu stomatologicznego, w którym miałam podejście numer jeden. Dokładnie 4 miesiące trwały moje przygotowania do założenia aparatu. W tym czasie walczyłam z problemem, który nigdy wcześniej nie miał miejsca, ale jak na złość pojawił się wtedy - krwawiły mi dziąsła i wystąpił ostry stan zapalny. Po ukojeniu, bardzo długo były czerwone i bałam się (tak - kolejna obawa, kolejny strach), że będzie to przeciwwskazanie do leczenia. Przyczyną tego stanu okazały się za blisko osadzone zęby, więc w tym przypadku aparat stał się wręcz konieczny. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że leczenie ortodontyczne nie tylko jest nastawione na estetykę, ale również na zdrowie, może nawet przede wszystkim. W tym czasie przechodziłam skaling, piaskowanie, wymienianie starych 'czarnych' plomb, na te, których kolor dopasowuje się do naturalnego koloru zęba (zapomniałam profesjonalnej nazwy:) ), zainwestowałam w szczoteczkę soniczną, poszerzyłam swoją pielęgnację higieny jamy ustnej o płyn do płukania. Do żadnych zabiegów nie brałam znieczulenia. Nie wyznaję zasady ból dla 'niebólu', skoro podanie znieczulenie i tak boli, wolę przecierpieć i jechać na żywca. Myślę, że stałam się trochę masochistką :) Nie mogłam doczekać się tych wizyt, jarałam się nimi i wciąż jaram. Dla mnie to przyjemniejsze od posiedzenia u fryzjera. Serio - nie spotkałam się jeszcze z osobą, która by podzielała moje skłonności uwielbienia dla stomatologa :)
Dokładnie 17 kwietnia przyszedł ten szczęśliwy dzień. I sprawa wyglądała tak:

Zdjęcie zostało zrobione tuż po opuszczeniu gabinetu. Początkowo aparat nie był w ogóle wyczuwalny, a dokręcanie zamków dawało jedynie lekkie uczucie ściśnienia się zębów. Apogeum bólu nadeszło dzień po. Była to sobota i na ten wieczór, po sporej przerwie imprezowej (gdzieś od listopada) wybrałam się na balety. Pomimo sporego znieczulenia i mojej całkiem wysokiej odporności na ból, był on nie do zniesienia. Moja przyjaciółka Janka rzekła wtedy na beforze: 'Znam Justynę długo, nic nie mówi i widzę jak naprawdę mocno cierpi'. Dziwnym uczuciem dla mnie było, gdy ta najbardziej wystająca jedynka mocno pulsowała i dosłownie czułam jak się przesuwa, a efekt luźnych zębów był co najmniej przerażający! Problem pojawił się też przy posiłkach, bo przez jakieś dwa miesiące mogłam jeść same miękkie potrawy i odżywiałam się bardzo słabo przez ten czas, ale moje zadowolenie i satysfakcja zwyciężały. W końcu udało mi się doprowadzić moje marzenie do końca, pomimo nieudanej pierwszej próby i różnych obaw. Wielu moich znajomych obsypywało mnie miłymi komplementami. 'W końcu zaczęłaś się uśmiechać', 'o! kolejna co założyła sobie nową biżuterię', 'wyglądasz olśniewająco i bardzo ci pasuje aparat' i mnóstwo innych, pozytywnych opinii. Dziś jedyne czego żałuję to tego, że tak długo odwlekałam coś co było dla mnie ważne i było powodem do kompleksu. Tak, po siedmiu miesiącach wygląda efekt noszenia aparatu, choć równie dobrze to zdjęcie mogłabym podpisać 'efekt po miesiącu', bo to było niewiarygodne, że zęby tak szybko weszły na swoje miejsce!


Na co czekasz Ty?
:)
Moja przygoda z aparatem ortodontycznym trochę trwała, bo to nie była prosta droga :) Odkąd pamiętam miałam bzika na punkcie swoich krzywych zębów. Nie znosiłam ich, choć doceniałam to, że są zdrowe. Jedynie za dzieciaka miałam z nimi trochę kłopotów i kilka dziur miałam borowanych i plombowanych, tą starą 'czarną' plombą. Jak już się uśmiechałam lub wpadałam w atak dzikiego śmiechu to mechanicznie przykładałam dłoń do ust, aby tylko zakryć zęby. Pamiętam, że kiedyś w gimnazjum moja koleżanka zrobiła mi zdjęcie w jednym z takich momentów i później je przyniosła żeby pokazać całej klasie, łącznie z nauczycielem od angielskiego, który widząc moje zdjęcie zapytał mi się czy się dobrze wtedy czułam. :) Zabrzmi to bardzo sztampowo, ale: w domu się nie przelewało, a nasza kochana rodzima instytucja NFZ sponsoruje aparaty ortodontyczne do 12 roku życia, ale tylko te ruchome. Szit totalny. Nie słyszałam jeszcze ani jednej pozytywnej opinii na ten temat od osoby, która je nosiła. :) Pomysł inwestycji w zęby krążył mi po głowie od dawna, ale zawsze były ważniejsze wydatki typu: imprezy, imprezy i imprezy. Właściwie to one pochłaniały kosmiczną część mojego skromnego budżetu. Pamiętam jak miałam 17 lat i Rodzice dali mi pieniądze na nowe spodnie (co zdarzało się rzadko, bo raczej ubierałam się sama), bo te, w których chodziłam do szkoły miały już dziurę a miałam tylko jedne i zamiast wydać gotówkę na spodnie wolałam je przeznaczyć na imprezę, oczywiście za zgodą Rodziców, którzy mi przypomnieli, że jak wybiorę event to nie będę miała w czym chodzić :) Nie żałuję tego wcale, bo w tych czasach byłam ubrana bardzo kiepsko i akurat specjalnie się tym nie przejmowałam i podziwiałam pindrzące się koleżanki w liceum, bo ja wolałam muzyczne doznania. Ta impreza była jedną z moich najwspanialszych w życiu. Na poważnie już temat zębów powrócił do mnie jakoś w 2013 roku. Zaczęłam szukać w Internecie gabinetów ortodontycznych. Nie chciałam posiłkować się opinią i poleceniami znajomych. Chciałam, żeby wybory były świadome i tylko moje. Wybrałam gabinet, który mieści się na Polance a skłonił mnie do tego opis, który widniał na stronie internetowej i mój wzrok przykuła informacja, że pani doktor specjalizuj się w leczeniu ortodontycznym, że jest to jej pasja oraz, że ceni sobie dobrą muzykę i jedzenie. :) Sporo czasu poświęciłam na dokształcanie się w temacie aparatów. Moim ogromnym marzeniem wtedy stał się aparat ceramiczny, który uważam za piękny i estetyczny, niestety kosmicznie drogi, a po konsultacji zostałam przekonana, że leczenie jest wtedy trudniejsze i w moim przypadku najlepiej sprawdzi się ten tradycyjny, metalowy. Pracowałam po 12 godzin, uzbierałam 3 200zł albo 4 200zł? Teraz już dokładnie nie pamiętam kwoty, ale pamiętam jaki kolosalny błąd popełniłam. Odbyłam kilka lekarskich konsultacji, wykonałam zdjęcia pantomograficzne, miałam już plan leczenia i wtedy dostałam do podpisania kartkę, na której były możliwe komplikacje. Większość z nazw tam zamieszczonych nic mi nie mówiła i brzmiało to wszystko dość złowrogo. Przy okazji kilku moich znajomych, którzy wiedzieli o moich planach skutecznie mnie postraszyło tym, że zęby później często wracają na swoje miejsce, albo innymi opowieściami o szerzącej się próchnicy. Do tego dochodziły moje poschizowane głosy w głowie 'teraz nie masz już pracy, jak założysz aparat to co dalej? skąd forsa na comiesięczne wizyty? a jak wyjdzie coś po drodze?'. W rzeczywistości to jest jak z fajkami. 15 złotych to jak majątek, ale choćbyś był najbiedniejszy to jakoś ukulasz na te papierosy, bo musisz. Niestety wtedy strach zwyciężył i moja wizja szerokiego gwiazdorskiego uśmiechu musiała odejść w zapomnienie. Jakieś dwa lata później moja sytuacja finansowa wcale nie była lepsza, a myśli znowu skutecznie dopominały się o niezałatwione sprawy. Wtedy też na swojej drodze spotkałam Karolinę i to jej motywacjom zawdzięczam to, że udało mi się spełnić marzenie. Spotkałyśmy się w dobrym czasie i miejscu w życiu. Karolina wtedy ten temat wdrażała już w życie i opowiedziałam jej o swoich obawach, które ona skutecznie przegnała :) Postanowiłam więc, że skoro ona może, to i ja także. Zrobiłam podejście numer dwa. 16 grudnia 2014 zadzwoniłam do tego samego gabinetu stomatologicznego, w którym miałam podejście numer jeden. Dokładnie 4 miesiące trwały moje przygotowania do założenia aparatu. W tym czasie walczyłam z problemem, który nigdy wcześniej nie miał miejsca, ale jak na złość pojawił się wtedy - krwawiły mi dziąsła i wystąpił ostry stan zapalny. Po ukojeniu, bardzo długo były czerwone i bałam się (tak - kolejna obawa, kolejny strach), że będzie to przeciwwskazanie do leczenia. Przyczyną tego stanu okazały się za blisko osadzone zęby, więc w tym przypadku aparat stał się wręcz konieczny. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że leczenie ortodontyczne nie tylko jest nastawione na estetykę, ale również na zdrowie, może nawet przede wszystkim. W tym czasie przechodziłam skaling, piaskowanie, wymienianie starych 'czarnych' plomb, na te, których kolor dopasowuje się do naturalnego koloru zęba (zapomniałam profesjonalnej nazwy:) ), zainwestowałam w szczoteczkę soniczną, poszerzyłam swoją pielęgnację higieny jamy ustnej o płyn do płukania. Do żadnych zabiegów nie brałam znieczulenia. Nie wyznaję zasady ból dla 'niebólu', skoro podanie znieczulenie i tak boli, wolę przecierpieć i jechać na żywca. Myślę, że stałam się trochę masochistką :) Nie mogłam doczekać się tych wizyt, jarałam się nimi i wciąż jaram. Dla mnie to przyjemniejsze od posiedzenia u fryzjera. Serio - nie spotkałam się jeszcze z osobą, która by podzielała moje skłonności uwielbienia dla stomatologa :)
Dokładnie 17 kwietnia przyszedł ten szczęśliwy dzień. I sprawa wyglądała tak:

Zdjęcie zostało zrobione tuż po opuszczeniu gabinetu. Początkowo aparat nie był w ogóle wyczuwalny, a dokręcanie zamków dawało jedynie lekkie uczucie ściśnienia się zębów. Apogeum bólu nadeszło dzień po. Była to sobota i na ten wieczór, po sporej przerwie imprezowej (gdzieś od listopada) wybrałam się na balety. Pomimo sporego znieczulenia i mojej całkiem wysokiej odporności na ból, był on nie do zniesienia. Moja przyjaciółka Janka rzekła wtedy na beforze: 'Znam Justynę długo, nic nie mówi i widzę jak naprawdę mocno cierpi'. Dziwnym uczuciem dla mnie było, gdy ta najbardziej wystająca jedynka mocno pulsowała i dosłownie czułam jak się przesuwa, a efekt luźnych zębów był co najmniej przerażający! Problem pojawił się też przy posiłkach, bo przez jakieś dwa miesiące mogłam jeść same miękkie potrawy i odżywiałam się bardzo słabo przez ten czas, ale moje zadowolenie i satysfakcja zwyciężały. W końcu udało mi się doprowadzić moje marzenie do końca, pomimo nieudanej pierwszej próby i różnych obaw. Wielu moich znajomych obsypywało mnie miłymi komplementami. 'W końcu zaczęłaś się uśmiechać', 'o! kolejna co założyła sobie nową biżuterię', 'wyglądasz olśniewająco i bardzo ci pasuje aparat' i mnóstwo innych, pozytywnych opinii. Dziś jedyne czego żałuję to tego, że tak długo odwlekałam coś co było dla mnie ważne i było powodem do kompleksu. Tak, po siedmiu miesiącach wygląda efekt noszenia aparatu, choć równie dobrze to zdjęcie mogłabym podpisać 'efekt po miesiącu', bo to było niewiarygodne, że zęby tak szybko weszły na swoje miejsce!


Na co czekasz Ty?
:)
sobota, 17 października 2015
Ogłoszenie duszpasterskie.
Tytuł trochę na przekór, bo z reguły takie ogłoszenia lecą na końcu przemówienia, ale z racji, że podobno jestem buntowniczką i dużo moich działań jest wykonywanych na opak to polecimy od końca.
Blog powstał z konieczności znalezienia swojej przestrzeni i uwalniania energii :) Będzie to miejsce, w którym będę zamieszczała teksty związane ze swoimi zainteresowaniami oraz będę szerzyła swoją misję, której tytuł brzmi: 'w zdrowym ciele zdrowy duch'. Dla wszystkich, którzy mają swoje kompleksy, słuchają zbyt dużej ilości opinii innych osób i borykających się ze swoimi ograniczeniami a chcieliby się ich pozbyć przez drobną dawkę motywacji osoby, która 'walczy sama ze sobą' :)
Blog powstał z konieczności znalezienia swojej przestrzeni i uwalniania energii :) Będzie to miejsce, w którym będę zamieszczała teksty związane ze swoimi zainteresowaniami oraz będę szerzyła swoją misję, której tytuł brzmi: 'w zdrowym ciele zdrowy duch'. Dla wszystkich, którzy mają swoje kompleksy, słuchają zbyt dużej ilości opinii innych osób i borykających się ze swoimi ograniczeniami a chcieliby się ich pozbyć przez drobną dawkę motywacji osoby, która 'walczy sama ze sobą' :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)