Mimo iż tytuł jest wielce niepoprawny - kiedyś o tym nie wiedziałam, a ciągnie się w mojej głowie cały czas, przypomina mi o jednej bardzo ważnej rzeczy.
Wraz z moją ukochaną przyjaciółką wspominamy te dzikie i beztroskie chwile z uśmiechem na twarzy i z wielkim bólem brzucha, bo to było niekończące się pasmo śmiechu i przypału. Gimnazjum, z jednej strony najgorszy okres w rozwoju młodego człowieka ale z drugiej strony bardzo dobry dla mnie, bo niczym sie wtedy nie przejmowałam, miałam totalny luz na to co pomyśli sobie o mnie otoczenie. Władałam światem. Od tego momentu moja osobowość bardzo ewoluowała, ale gdybym miała zostawić sobie jedną cechę z tamtego okresu, byłoby to właśnie nieprzejmowanie się. Wstyd się przyznać, ale wtedy byłam trochę (na pewno trochę?) penerą. Nie miałam żadnych skrupółów moralnych powiedzieć na forum 'starej babie' w autobusie, żeby wypierdalała jeśli mi coś nie pasowało. O pomiataniu sobą nie było mowy, mimo, iż zdaję sobie sprawę że nie miałam przychylnych opinii na swój temat na 'osiedlu' w tym czasie. Pomimo tego, że byłam 'patyczakiem' i z łatwością można było mnie 'połamać' potrafiłam się rzucać jak trzeba było. Lekcje w większości były zagłuszane przez naszą damską świętą czwórcę, przez co niejednokrotnie obrywało się całej klasie. Nie świeciłyśmy wiedzą, z powodu wiecznych wagarów i przerywanych lekcji, oraz odpalania jednego papierosa od drugiego. Potyczek edukacyjnych było sporo, w tym jedna pamiętna szczególnie - mój komis z historii. Miałam bardzo złe oceny i ostatni sprawdzian był jedyną deską ratunku, która niestety utonęła ze mną.:) Na historii był taki patent, że były dwie grupy i zawsze jedna z nich była łatwiejsza, a druga trudniejsza. Wcale się nie zdziwiłam, gdy trafiła mi się ta trudna. Ma się w końcu to szczęście. Kumpela w ławce obok miała farta, bo nic nie umiała, a ja pomimo swojej pustej kartki honorowo podyktowałam jej cały sprawdzian na 3+. Często taki sprawdzian poprzedzała lekcja powtórzeniowa, w której nauczycielka dzieliła nas wyrywkowo na czteroosbowe zespoły. Trafiłam do wspólnego teamu razem z Martą, ziomalką z naszej przypałowej paczki. Padło pytanie, skierowane do nas: "Jakiego kraju Borys Jelcyn był prezydentem?" Nie wiedziałyśmy. Po prostu szczerze mówiąc nie wiedziałyśmy i palnęłyśmy: "Ukrainy". Historyczka, jak i większość klasy były niewyobrażalnie oburzone naszą niewiedzą, o wyśmianiu nie wspominając oczywiście, do tego stopnia, że równo z dzwonkiem nauczycielka popędziła do pokoju nauczycielskiego, żeby nas obgadać. Przy okazji matematyki nasza wychowawczyni powróciła do tego tematu i na forum klasy nas wyzwała, że jak mogłyśmy nie wiedzieć. Ta historia, jakże błaha mocno wyryła mi się w pamięci, do tego stopnia, że długo później bałam się pytać, dowiadywać, rozumieć. Nie chciałam znowu być wyśmiewana za niewiedzę, zwłaszcza w miejscu, w którym ta wiedza powinna być po prostu przekazywana, nawet jesli coś dla kogoś jest tak oczywiste jak 2 + 2 = 4. Gdybym pozjadała wszystkie rozumy, cóż zatem robiłabym w szkolnej ławce? Ostatnio zdarzyła mi się podobna sytuacja. Mały flashback. Przez dobry rok ćwiczyłam na siłowni, póżniej przerwałam, właściwie nie wiem dlaczego. Cały czas uczęszczałam na zajęcia fitness i nigdy nie miałam styczności z ćwiczeniami siłowymi. Potrzeba na taką akywność wzrastała wraz ze zdobywaną wiedzą na temat ciała, jednakże wciąż nie bardzo wiedziałam jak to wszystko ugryźć. Poprosiłam o pomoc pewną osobę, która miała mnie wprowadzić choć trochę w ten świat. Niestety osoba ta okazała się być dość przeciętnym edukatorem. W żadnym wypadku nie podważam wiedzy i doświadczenia, ale sposób przekazu był po prostu słaby dla nowicjusza. I to można przeżyć, ale to co kolejny raz mnie zraziło było podejście. Owa osoba była mną kiepsko zainteresowana, bo cały czas podchodziła do komputera jak również nie bardzo umiejętnie pokazywała sposób na rozgrzewkę. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce i rozgrzać się po swojemu, tak jak umiem, jak uczyłam się podczas zajęć fitness. Nie okazał się to być najlepszy sposób, a raczej zły, ale sposób w jakim się o tym dowiedziałam nie był najprzyjemniejszy. Było to WYŚMIANIE, że robię cardio rozgrzewkę do ćwiczeń siłowych. Flashback. Przyznam szczrze, że ponownie mnie to uderzyło.
środa, 27 kwietnia 2016
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Za bardzo.
Październikowy wieczór, jeszcze jedna z tych nielicznych ciepłych nocy, pozwalająca przebierać w mej skromnie wyposażonej szafie. Trochę się przejmuję, bo to moja pierwsza prawdziwa randka. Wiesz - taka z kolacją na mieście. Mężczyzna, który mnie zaprosił jest przystojny i interesujący. Spotykamy się w wybranym przez niego lokalu. Jestem skrępowana, ale otwieram się, co dla mnie jest nowością, bo przeważnie jestem bardzo skryta, lecz tym razem postanowiłam zrobić inaczej. Pojawia się dużo intymnych tematów, których z reguły unikam na pierwszym spotkaniu. Mężczyzna mnie adoruje, schlebia mi. W pewnym momencie rozmowy pada to zdanie: "Jesteś śliczna, ale ZA chuda. Jakbyś ważyła pięć kilo więcej to by ci nie zaszkodziło."
Tym razem klimat nie bardziej orientalny, zima. Wciąż piękny i beztroski okres studiów, który wcale tak dawno się nie zakończył. Podróżuję komunikacją miejską z moją ówczesną bardzo bliską mi przyjaciółką, której zwierzam się właściwie ze wszystkiego, przed nikim tak nie otwierałam się emocjonalnie. Opowiadam jej o mężczyźnie, którego darzę szczególnym uczuciem, nie wiem czy kiedykolwiek przyznam się głośno i będę umiała to nazwać. Opowiadam jej, że usłyszałam od niego że jestem chuda. Jak bardzo mi nieprzyjemnie, gdy ktoś mówi mi, że jestem za chuda i że jest to dla mnie obraźliwe, bo moje posiłki są ogromne i nie umiem przytyć. Porównuję to do nazywania ludzi otyłych 'grubasami'. Zastanawiam się, dlaczego ludzie otyli są 'pod ochroną?', o nich nie można mówić źle, że są grubi, bo są chorzy i choroba uniemożliwia im zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. Przyjaciółka popiera tłum. Przyznaje, że jestem 'ZA chuda'. Marne pocieszenie.
Jestem wysoka. Mierzę 176 cm. Na co dzień poruszam się w wygodnym, płaskim obuwiu. Podczas oficjalnych imprez, gdzie obowiązuje pewien dress code zawsze ubieram buty na wysokim obcasie. Dodatkowe dziesięć centymetrów robi niemałą różnicę. Podczas jednej z tych właśnie imprez usłyszałam od szalenie przystojnego kolegi: 'Ale jesteś wysoka! aż ZA wysoka!'.
Niełatwo jest zaakceptować siebie, gdy na każdym kroku człowiek podlega ocenie.
Sama staram się tego nie robić, bo doskonale wiem jak to jest - być krytykowanym za rzeczy, na które do końca nie zawsze mamy wpływ, a mogą przeszkadzać. Zwłaszcza krytyka od bliskich osób, która może być demotywująca do podjęcia działań. Doskonale pamiętam kiedy nagle coś we mnie pękło, a było to podczas pewnej niepamiętnej listopadowej imprezy, choć nawet nie wiem dlaczego. Przestałam tak bardzo przejmować się opiniami innych osób. Dziś bardziej akceptuję swoje ciało. Swoje długie nogi i szczupłe ciało, niech nawet będzie chude, ale jest moje. Wyjątkowe.
Tym razem klimat nie bardziej orientalny, zima. Wciąż piękny i beztroski okres studiów, który wcale tak dawno się nie zakończył. Podróżuję komunikacją miejską z moją ówczesną bardzo bliską mi przyjaciółką, której zwierzam się właściwie ze wszystkiego, przed nikim tak nie otwierałam się emocjonalnie. Opowiadam jej o mężczyźnie, którego darzę szczególnym uczuciem, nie wiem czy kiedykolwiek przyznam się głośno i będę umiała to nazwać. Opowiadam jej, że usłyszałam od niego że jestem chuda. Jak bardzo mi nieprzyjemnie, gdy ktoś mówi mi, że jestem za chuda i że jest to dla mnie obraźliwe, bo moje posiłki są ogromne i nie umiem przytyć. Porównuję to do nazywania ludzi otyłych 'grubasami'. Zastanawiam się, dlaczego ludzie otyli są 'pod ochroną?', o nich nie można mówić źle, że są grubi, bo są chorzy i choroba uniemożliwia im zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. Przyjaciółka popiera tłum. Przyznaje, że jestem 'ZA chuda'. Marne pocieszenie.
Jestem wysoka. Mierzę 176 cm. Na co dzień poruszam się w wygodnym, płaskim obuwiu. Podczas oficjalnych imprez, gdzie obowiązuje pewien dress code zawsze ubieram buty na wysokim obcasie. Dodatkowe dziesięć centymetrów robi niemałą różnicę. Podczas jednej z tych właśnie imprez usłyszałam od szalenie przystojnego kolegi: 'Ale jesteś wysoka! aż ZA wysoka!'.
Niełatwo jest zaakceptować siebie, gdy na każdym kroku człowiek podlega ocenie.
Sama staram się tego nie robić, bo doskonale wiem jak to jest - być krytykowanym za rzeczy, na które do końca nie zawsze mamy wpływ, a mogą przeszkadzać. Zwłaszcza krytyka od bliskich osób, która może być demotywująca do podjęcia działań. Doskonale pamiętam kiedy nagle coś we mnie pękło, a było to podczas pewnej niepamiętnej listopadowej imprezy, choć nawet nie wiem dlaczego. Przestałam tak bardzo przejmować się opiniami innych osób. Dziś bardziej akceptuję swoje ciało. Swoje długie nogi i szczupłe ciało, niech nawet będzie chude, ale jest moje. Wyjątkowe.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)