sobota, 24 października 2015

Na co czekasz Ty?


Każdego dnia rano, od siedmiu miesięcy jest pewna czynność, którą robię tuż po przebudzeniu - udaję się do łazienkowego lustra, do którego szeroko się uśmiecham i widzę całkiem nową osobę! To za sprawą założenia 'nowej biżuterii' i dziś nie mogę sobie wyobrazić, co się stanie gdy jej zabraknie, bo uważam, że dodaje dziewczyńskiego uroku.

Moja przygoda z aparatem ortodontycznym trochę trwała, bo to nie była prosta droga :) Odkąd pamiętam miałam bzika na punkcie swoich krzywych zębów. Nie znosiłam ich, choć doceniałam to, że są zdrowe. Jedynie za dzieciaka miałam z nimi trochę kłopotów i kilka dziur miałam borowanych i plombowanych, tą starą 'czarną' plombą. Jak już się uśmiechałam lub wpadałam w atak dzikiego śmiechu to mechanicznie przykładałam dłoń do ust, aby tylko zakryć zęby. Pamiętam, że kiedyś w gimnazjum moja koleżanka zrobiła mi zdjęcie w jednym z takich momentów i później je przyniosła żeby pokazać całej klasie, łącznie z nauczycielem od angielskiego, który widząc moje zdjęcie zapytał mi się czy się dobrze wtedy czułam. :) Zabrzmi to bardzo sztampowo, ale: w domu się nie przelewało, a nasza kochana rodzima instytucja NFZ sponsoruje aparaty ortodontyczne do 12 roku życia, ale tylko te ruchome. Szit totalny. Nie słyszałam jeszcze ani jednej pozytywnej opinii na ten temat od osoby, która je nosiła. :) Pomysł inwestycji w zęby krążył mi po głowie od dawna, ale zawsze były ważniejsze wydatki typu: imprezy, imprezy i imprezy. Właściwie to one pochłaniały kosmiczną część mojego skromnego budżetu. Pamiętam jak miałam 17 lat i Rodzice dali mi pieniądze na nowe spodnie (co zdarzało się rzadko, bo raczej ubierałam się sama), bo te, w których chodziłam do szkoły miały już dziurę a miałam tylko jedne i zamiast wydać gotówkę na spodnie wolałam je przeznaczyć na imprezę, oczywiście za zgodą Rodziców, którzy mi przypomnieli, że jak wybiorę event to nie będę miała w czym chodzić :) Nie żałuję tego wcale, bo w tych czasach byłam ubrana bardzo kiepsko i akurat specjalnie się tym nie przejmowałam i podziwiałam pindrzące się koleżanki w liceum, bo ja wolałam muzyczne doznania. Ta impreza była jedną z moich najwspanialszych w życiu. Na poważnie już temat zębów powrócił do mnie jakoś w 2013 roku. Zaczęłam szukać w Internecie gabinetów ortodontycznych. Nie chciałam posiłkować się opinią i poleceniami znajomych. Chciałam, żeby wybory były świadome i tylko moje. Wybrałam gabinet, który mieści się na Polance a skłonił mnie do tego opis, który widniał na stronie internetowej i mój wzrok przykuła informacja, że pani doktor specjalizuj się w leczeniu ortodontycznym, że jest to jej pasja oraz, że ceni sobie dobrą muzykę i jedzenie. :) Sporo czasu poświęciłam na dokształcanie się w temacie aparatów. Moim ogromnym marzeniem wtedy stał się aparat ceramiczny, który uważam za piękny i estetyczny, niestety kosmicznie drogi, a po konsultacji zostałam przekonana, że leczenie jest wtedy trudniejsze i w moim przypadku najlepiej sprawdzi się ten tradycyjny, metalowy. Pracowałam po 12 godzin, uzbierałam 3 200zł albo 4 200zł? Teraz już dokładnie nie pamiętam kwoty, ale pamiętam jaki kolosalny błąd popełniłam. Odbyłam kilka lekarskich konsultacji, wykonałam zdjęcia pantomograficzne, miałam już plan leczenia i wtedy dostałam do podpisania kartkę, na której były możliwe komplikacje. Większość z nazw tam zamieszczonych nic mi nie mówiła i brzmiało to wszystko dość złowrogo. Przy okazji kilku moich znajomych, którzy wiedzieli o moich planach skutecznie mnie postraszyło tym, że zęby później często wracają na swoje miejsce, albo innymi opowieściami o szerzącej się próchnicy. Do tego dochodziły moje poschizowane głosy w głowie 'teraz nie masz już pracy, jak założysz aparat to co dalej? skąd forsa na comiesięczne wizyty? a jak wyjdzie coś po drodze?'. W rzeczywistości to jest jak z fajkami. 15 złotych to jak majątek, ale choćbyś był najbiedniejszy to jakoś ukulasz na te papierosy, bo musisz. Niestety wtedy strach zwyciężył i moja wizja szerokiego gwiazdorskiego uśmiechu musiała odejść w zapomnienie. Jakieś dwa lata później moja sytuacja finansowa wcale nie była lepsza, a myśli znowu skutecznie dopominały się o niezałatwione sprawy. Wtedy też na swojej drodze spotkałam Karolinę i to jej motywacjom zawdzięczam to, że udało mi się spełnić marzenie. Spotkałyśmy się w dobrym czasie i miejscu w życiu. Karolina wtedy ten temat wdrażała już w życie i opowiedziałam jej o swoich obawach, które ona skutecznie przegnała :) Postanowiłam więc, że skoro ona może, to i ja także. Zrobiłam podejście numer dwa. 16 grudnia 2014 zadzwoniłam do tego samego gabinetu stomatologicznego, w którym miałam podejście numer jeden. Dokładnie 4 miesiące trwały moje przygotowania do założenia aparatu. W tym czasie walczyłam z problemem, który nigdy wcześniej nie miał miejsca, ale jak na złość pojawił się wtedy - krwawiły mi dziąsła i wystąpił ostry stan zapalny. Po ukojeniu, bardzo długo były czerwone i bałam się (tak - kolejna obawa, kolejny strach), że będzie to przeciwwskazanie do leczenia. Przyczyną tego stanu okazały się za blisko osadzone zęby, więc w tym przypadku aparat stał się wręcz konieczny. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że leczenie ortodontyczne nie tylko jest nastawione na estetykę, ale również na zdrowie, może nawet przede wszystkim. W tym czasie przechodziłam skaling, piaskowanie, wymienianie starych 'czarnych' plomb, na te, których kolor dopasowuje się do naturalnego koloru zęba (zapomniałam profesjonalnej nazwy:) ), zainwestowałam w szczoteczkę soniczną, poszerzyłam swoją pielęgnację higieny jamy ustnej o płyn do płukania. Do żadnych zabiegów nie brałam znieczulenia. Nie wyznaję zasady ból dla 'niebólu', skoro podanie znieczulenie i tak boli, wolę przecierpieć i jechać na żywca. Myślę, że stałam się trochę masochistką :) Nie mogłam doczekać się tych wizyt, jarałam się nimi i wciąż jaram. Dla mnie to przyjemniejsze od posiedzenia u fryzjera. Serio - nie spotkałam się jeszcze z osobą, która by podzielała moje skłonności uwielbienia dla stomatologa :)
Dokładnie 17 kwietnia przyszedł ten szczęśliwy dzień. I sprawa wyglądała tak:




                                      




Zdjęcie zostało zrobione tuż po opuszczeniu gabinetu. Początkowo aparat nie był w ogóle wyczuwalny, a dokręcanie zamków dawało jedynie lekkie uczucie ściśnienia się zębów. Apogeum bólu nadeszło dzień po. Była to sobota i na ten wieczór, po sporej przerwie imprezowej (gdzieś od listopada) wybrałam się na balety. Pomimo sporego znieczulenia i mojej całkiem wysokiej odporności na ból, był on nie do zniesienia. Moja przyjaciółka Janka rzekła wtedy na beforze: 'Znam Justynę długo, nic nie mówi i widzę jak naprawdę mocno cierpi'. Dziwnym uczuciem dla mnie było, gdy ta najbardziej wystająca jedynka mocno pulsowała i dosłownie czułam jak się przesuwa, a efekt luźnych zębów był co najmniej przerażający! Problem pojawił się też przy posiłkach, bo przez jakieś dwa miesiące mogłam jeść same miękkie potrawy i odżywiałam się bardzo słabo przez ten czas, ale moje zadowolenie i satysfakcja zwyciężały. W końcu udało mi się doprowadzić moje marzenie do końca, pomimo nieudanej pierwszej próby i różnych obaw. Wielu moich znajomych obsypywało mnie miłymi komplementami. 'W końcu zaczęłaś się uśmiechać', 'o! kolejna co założyła sobie nową biżuterię', 'wyglądasz olśniewająco i bardzo ci pasuje aparat' i mnóstwo innych, pozytywnych opinii. Dziś jedyne czego żałuję to tego, że tak długo odwlekałam coś co było dla mnie ważne i było powodem do kompleksu. Tak, po siedmiu miesiącach wygląda efekt noszenia aparatu, choć równie dobrze to zdjęcie mogłabym podpisać 'efekt po miesiącu', bo to było niewiarygodne, że zęby tak szybko weszły na swoje miejsce!



                                




                                       







Na co czekasz Ty?
:)


2 komentarze: